Depresja jest dziś jednym z najczęściej diagnozowanych zaburzeń psychicznych w Polsce. Według danych Narodowego Funduszu Zdrowia oraz Ministerstwa Zdrowia z jej objawami może zmagać się nawet ponad 1,5 miliona Polaków, a liczba osób korzystających z pomocy psychiatrycznej i psychologicznej systematycznie rośnie.
Specjaliści podkreślają jednak, że rzeczywista skala problemu jest prawdopodobnie znacznie większa. Wiele osób przez lata nie zgłasza się po pomoc, ponieważ ich codzienne funkcjonowanie nie odbiega znacząco od normy. Pracują, realizują obowiązki i utrzymują relacje, jednocześnie mierząc się z przewlekłym psychicznym wyczerpaniem.
O tej mniej oczywistej twarzy choroby, potocznie nazywanej depresją wysoko funkcjonującą, w Interii ZDROWIE rozmawiamy z psycholog i psychoterapeutką Katarzyną Baranowską.
Agnieszka Żurek: Czy obraz depresji, który mamy w głowie - wielki smutek, leżenie całymi dniami w łóżku i niechęć do życia - nadal jest aktualny, czy dziś ta choroba często wygląda inaczej?
Katarzyna Baranowska: Taki obraz depresji wciąż jest aktualny i oczywiście nadal się zdarza. Mówimy wtedy o epizodzie depresyjnym w stopniu głębokim, czyli sytuacji, w której osoba nie jest w stanie podejmować codziennych aktywności. Nie jest to jednak jedyny wariant depresji. Spektrum tych zaburzeń jest znacznie szersze. Zanim dojdzie do tak nasilonego epizodu, wyróżniamy jeszcze postać łagodną oraz umiarkowaną.
I to właśnie w tych mniej oczywistych formach mieści się to, co dziś nazywamy depresją wysoko funkcjonującą?
- Tak. Warto jednak podkreślić, że depresja wysoko funkcjonująca nie jest jednostką kliniczną i nie występuje w klasyfikacjach diagnostycznych. To raczej potoczne określenie. Najbliżej jej do przewlekłego zaburzenia depresyjnego, czyli dystymii. W takim przypadku objawy mają charakter chroniczny, utrzymują się przez długi czas, bywają subtelne i nie są bardzo nasilone. Osoba nadal funkcjonuje społecznie i zawodowo, dlatego otoczenie często nie dostrzega problemu.
Wiele osób zastanawia się więc, jak to możliwe, że ktoś chodzi do pracy, realizuje cele, spotyka się z ludźmi i jednocześnie mierzy się z depresją.
- Najczęściej są to osoby posiadające określony zestaw cech osobowościowych, ale także konkretne doświadczenia rozwojowe. Bardzo często już w dzieciństwie doświadczały wysokiej presji ze strony otoczenia, zarówno w rodzinie, jak i w szkole. Pojawiała się tak zwana warunkowa akceptacja lub miłość, czyli przekaz, że żeby być kimś wartościowym, trzeba spełniać określone oczekiwania.
Czyli poczucie wartości budowane głównie na spełnianiu oczekiwań?
- Dokładnie. Często mówimy także o parentyfikacji, czyli sytuacji, w której dziecko zostaje postawione w roli dorosłego i przejmuje odpowiedzialność za innych lub obowiązki nieadekwatne do swojego wieku. Takie doświadczenia mogą w przyszłości predysponować do rozwoju depresji wysoko funkcjonującej.
A jakie cechy osobowości sprawiają, że taki stan może utrzymywać się przez lata?
- Między innymi perfekcjonizm, zwłaszcza społecznie ukierunkowany. Takie osoby starają się jak najlepiej wypełniać wszystkie role społeczne, zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Towarzyszy temu przewlekłe poczucie bycia niewystarczającym. A jeśli ktoś stale czuje, że nie jest dość dobry, zaczyna wymagać od siebie coraz więcej.
Czyli im gorzej ktoś się ze sobą czuje, tym mocniej próbuje to rekompensować działaniem?
- Bardzo często tak właśnie się dzieje. Pojawiają się nadmierne wymagania wobec siebie, a jednocześnie minimalizowanie własnych potrzeb i trudność w proszeniu o pomoc. Najważniejsze staje się to, czego oczekuje otoczenie: wymagania, obowiązki i potrzeby innych osób. Własne potrzeby stopniowo schodzą na dalszy plan.
A razem z nimi znikają też emocje i własne trudności?
- Dokładnie.
Jeśli marginalizuję własne emocje i potrzeby, zaczynam również marginalizować własne cierpienie. W konsekwencji nie proszę o pomoc.
Mając taki zestaw cech osobowościowych oraz doświadczeń życiowych, można przez bardzo długi czas funkcjonować, jednocześnie ignorując objawy depresyjne.
Czy za depresją wysoko funkcjonującą często stoi wieloletnie tłumienie emocji i poczucie "nic nie czuję"?
- Tak, bardzo często to właśnie obserwujemy. U tych osób dochodzi do tłumienia emocji, czyli niedopuszczania ich do świadomości. Nierzadko wynika to z doświadczeń z dzieciństwa, kiedy emocje nie były akceptowane albo traktowano je jako oznakę słabości. Osoba uczy się wtedy, że przeżywanie emocji nie jest bezpieczne, dlatego zaczyna je odcinać. Z czasem może to prowadzić do poczucia wewnętrznej pustki lub wrażenia braku odczuwania czegokolwiek.
Czy aktywne, pozornie poukładane życie może utrudniać zauważenie depresji?
- To jedna z największych pułapek depresji wysoko funkcjonującej i przewlekłych zaburzeń depresyjnych. Z zewnątrz taka osoba często funkcjonuje bez zarzutu. Ma stabilną pracę, nierzadko odpowiedzialne stanowisko, dobrze wywiązuje się z obowiązków zawodowych i prywatnych, utrzymuje relacje społeczne. Bywa postrzegana jako silna, zaradna i świetnie zorganizowana, a czasem nawet jako ktoś, kto wspiera innych. Tymczasem jej wewnętrzne doświadczenie może wyglądać zupełnie inaczej, ponieważ towarzyszy mu realne cierpienie psychiczne.
Jakie sygnały mogą świadczyć o tym, że pod tą "normalnością" kryje się coś więcej?
- Bardzo często są to stany przewlekłego zmęczenia oraz spadek odczuwania przyjemności, czyli sytuacja, w której rzeczy, które kiedyś cieszyły, przestają sprawiać radość. Pojawiają się zaburzenia snu i apetytu, poczucie smutku albo wewnętrznej pustki. Może występować także drażliwość, kiedy nawet błahe sytuacje zaczynają wyprowadzać z równowagi, choć wcześniej nie stanowiły problemu. Osoby często opisują swoje funkcjonowanie jako działanie "na rezerwie", któremu towarzyszy stałe napięcie wewnętrzne. To jedne z najczęstszych doświadczeń, choć nie zawsze są one widoczne dla otoczenia.

Czyli problem polega również na tym, że z zewnątrz wszystko wygląda dobrze?
- Zgadza się. I właśnie dlatego jednym z bardziej alarmujących sygnałów może być tak zwana hiperproduktywność. Osoba nadmiernie angażuje się w obowiązki i różnego rodzaju aktywności, praktycznie cały czas pozostając w działaniu. Nie pojawia się moment zatrzymania, odpoczynku czy zwyczajnego nicnierobienia. Jeśli taki stan trwa latami, bardzo trudno dostrzec zmianę, ponieważ zarówno otoczenie, jak i sama osoba zaczynają myśleć: "taki/taka po prostu jestem". A ponieważ ten sposób funkcjonowania utrzymuje się długo, wiele osób nie pamięta już, jak wyglądało życie bez stałego napięcia i przeciążenia.
Czy ta potrzeba ciągłego działania może wynikać z lęku przed zatrzymaniem się i zostaniem sam na sam ze swoimi emocjami?
- Tak, choć zwykle nie jest to działanie świadome ani celowa decyzja. To raczej podświadomy mechanizm unikania kontaktu z trudnymi emocjami.
Stała aktywność nie pozwala dopuszczać do sytuacji, w której zostajemy sami ze swoimi myślami i przeżyciami.
Z drugiej strony wynika to także z cech osobowości oraz sposobu wychowania. Pojawia się silny, wewnętrzny przymus działania i wywiązywania się z obowiązków. Ta presja bywa tak duża, że osoba nadal funkcjonuje i działa mimo realnie odczuwanego cierpienia.
W którym momencie ktoś może zauważyć, że potrzebuje pomocy? To wydaje się bardzo cienką granicą.
- Rzeczywiście bardzo często ten moment długo nie nadchodzi. Zdarza się, że dopiero konkretne wydarzenie życiowe zatrzymuje taką osobę. Może to być utrata pracy, kryzys w relacji albo inna trudna sytuacja. Bardzo często pierwsze sygnały wysyła również ciało. Pojawiają się różnego rodzaju dolegliwości zdrowotne i dopiero wtedy osoba zaczyna się zatrzymywać oraz szukać pomocy. W trakcie procesu terapeutycznego okazuje się później, że objawy były obecne od wielu lat, tylko wcześniej nie zostały nazwane. Oczywiście część osób trafia po wsparcie wcześniej, na przykład w momencie silnego wyczerpania, kiedy zaczynają szukać informacji i próbują lepiej zrozumieć swoje doświadczenia.
Dlaczego tak wiele osób nie szuka pomocy, bo myśli, że "inni mają gorzej"?
- To bardzo charakterystyczny sposób myślenia u osób doświadczających przewlekłych stanów depresyjnych. Jest on spójny z przekonaniami, które często towarzyszą im od lat. Pojawia się narracja: funkcjonuję, radzę sobie, mam pracę, rodzinę, stabilne życie, więc inni mają przecież trudniej. W efekcie osoby zaczynają umniejszać i bagatelizować własne objawy, nie traktując swojego stanu jako czegoś, co wymaga profesjonalnego wsparcia.
Coraz częściej mówi się dziś o wypaleniu zawodowym. Jak odróżnić je od depresji wysoko funkcjonującej?
- To rzeczywiście bardzo ważne pytanie, ponieważ objawy obu stanów mogą być do siebie podobne. Dlatego każdorazowo wymaga to indywidualnej konsultacji i dokładnego omówienia sytuacji danej osoby. Podstawowa różnica dotyczy jednak zakresu trudności. W przypadku wypalenia zawodowego objawy koncentrują się głównie wokół pracy. Pojawia się niechęć do wykonywania obowiązków zawodowych czy trudność już na samą myśl o powrocie do pracy, na przykład po weekendzie.
Czyli problem dotyczy przede wszystkim jednej sfery życia?
- Dokładnie. Natomiast w depresji przewlekłej spadek energii i motywacji obejmuje właściwie wszystkie obszary funkcjonowania. Trudności nie dotyczą wyłącznie pracy, ale także relacji, zainteresowań czy codziennych aktywności. Dodatkowo osoby doświadczające wypalenia zawodowego często odczuwają poprawę po odcięciu się od środowiska pracy, na przykład podczas urlopu lub zwolnienia lekarskiego. W przypadku depresji taka poprawa zazwyczaj nie następuje.
Depresja kojarzy się głównie z emocjami. Jak wpływa na ciało i codzienne funkcjonowanie?
- Pojawiają się zaburzenia snu i apetytu, ale także stałe napięcie organizmu. Emocje i stres nie pozostają wyłącznie w sferze psychicznej, lecz są przeżywane również w ciele. Przewlekły stres ma realny wpływ na zdrowie fizyczne i może prowadzić do objawów somatycznych. Najczęściej są to dolegliwości ze strony układu pokarmowego, różnego rodzaju problemy żołądkowo-jelitowe, bóle głowy, które wcześniej nie występowały, a także bóle mięśni czy kręgosłupa wynikające z utrzymującego się napięcia mięśniowego.
Czyli ciało zaczyna sygnalizować to, czego wcześniej nie zauważyliśmy psychicznie?
- Bardzo często właśnie tak się dzieje. Objawy fizyczne bywają momentem zatrzymania. Osoba zaczyna szukać pomocy medycznej, wykonuje kolejne badania, a kiedy nie znajduje się jednoznacznej przyczyny somatycznej, pojawia się podejrzenie podłoża psychogennego, czyli takiego, które wynika z długotrwałego stresu, napięcia i przeciążenia psychicznego.
Co najbardziej zaskakuje osoby, które dowiadują się, że od dłuższego czasu funkcjonowały z depresją, często tego nie zauważając?
- Najczęściej sam fakt nazwania tego doświadczenia.
Dla wielu osób ogromne znaczenie ma moment, w którym ich cierpienie zostaje wreszcie zauważone i uznane za coś realnego oraz ważnego.
To bywa poruszające, ponieważ wcześniej pacjenci sami bagatelizowali swoje objawy. Myśleli, że "tak po prostu wygląda życie", że trzeba sobie radzić i że nie jest to nic poważnego. Ponieważ nigdy nikomu o tym nie mówili, nie otrzymywali też informacji zwrotnej z zewnątrz, że coś może być niepokojące. A otoczenie często rzeczywiście tego nie dostrzegało.

Mam wrażenie, że wciąż w niektórych środowiskach depresja bywa odbierana bardzo pejoratywnie. Czy spotyka się Pani z sytuacjami, w których pacjenci nie zgadzają się z diagnozą, bo uważają, że "nie mają powodu", żeby chorować?
- Szczerze mówiąc, zdarza się to rzadko. Jeśli ktoś trafia już do gabinetu i dochodzi do diagnozy, dla większości osób jest to raczej doświadczenie uwalniające. Pojawia się myśl: "wreszcie wiem, co się ze mną dzieje". Ktoś nazywa stan, z którym dana osoba zmagała się często przez wiele lat. To przynosi ulgę, a nie sprzeciw. Zdecydowanie częściej obserwuję akceptację i poczucie zrozumienia niż odrzucenie diagnozy.
Młodsze pokolenie zupełnie inaczej podchodzi do zdrowia psychicznego, chętniej korzysta z terapii i reaguje wcześniej. Jednocześnie wiele starszych osób uważa, że dziś "wszyscy młodzi mają depresję", a sięganie po pomoc to oznaka słabości. Skąd bierze się takie podejście?
- To rzeczywiście bardzo silny i niestety szkodliwy stereotyp. Warto pamiętać, że depresja jest chorobą o złożonym podłożu. Mówimy tu zarówno o podatności biologicznej i genetycznej, jak i o doświadczeniach rozwojowych, cechach osobowości czy trudnych wydarzeniach życiowych. Te czynniki nakładają się na siebie i mogą prowadzić do rozwoju zaburzeń depresyjnych. Nie jest to więc czyjeś "widzimisię" ani próba uniknięcia odpowiedzialności. Dlatego tak ważne jest konsekwentne obalanie mitu, że depresja wynika z lenistwa czy braku siły charakteru.
A co w sytuacji, gdy bliska osoba, na przykład rodzic lub ktoś z rodziny, nie akceptuje terapii albo samej diagnozy? Wiele osób słyszy wtedy: "Kiedyś było gorzej i nikt nie chorował".
- Jeśli mówimy o osobie dorosłej, nie ma ona obowiązku szczegółowego tłumaczenia się ani szukania aprobaty otoczenia dla procesu leczenia. Inaczej bywa w przypadku osób nieletnich, które pozostają zależne od rodziców finansowo czy organizacyjnie. Natomiast dorosła osoba ma prawo samodzielnie decydować o swoim zdrowiu. W sytuacji zetknięcia się ze stereotypowymi lub oceniającymi komunikatami warto jasno stawiać granice. Można powiedzieć: "Rozumiem, że masz takie podejście, ale takie komentarze mnie nie wspierają. Jestem w procesie leczenia i potrzebuję czegoś innego".
Czyli nie zawsze chodzi o przekonywanie drugiej strony?
- Czasem warto spokojnie wyjaśnić, czym jest depresja i na czym polega terapia, ponieważ wiele takich reakcji wynika po prostu z braku wiedzy. Jeśli jednak druga osoba nie jest gotowa na rozmowę, najważniejsze staje się zadbanie o własne granice i własny proces zdrowienia.
Na koniec chciałabym zostawić czytelników z jedną ważną myślą. Gdybyśmy miały obalić największy mit dotyczący depresji, co powinno najmocniej wybrzmieć?
- Przede wszystkim warto spojrzeć na depresję szerzej. Nie jest ona wyłącznie stanem głębokiego smutku czy całkowitego wycofania z życia, kiedy ktoś nie jest w stanie wstać z łóżka. To tylko jeden, najbardziej nasilony obraz choroby. Depresja może mieć także postać przewlekłych, subtelniejszych objawów, które towarzyszą człowiekowi przez długi czas.
Czyli moment, w którym zaczynamy czuć, że po prostu żyje nam się coraz trudniej?
- Dokładnie tak. Jeśli ktoś odczuwa psychiczny dyskomfort, przytłoczenie lub ma poczucie, że jakość jego życia wyraźnie się obniżyła, to już jest wystarczający powód, by sięgnąć po pomoc. Nie trzeba czekać, aż objawy się nasilą ani udowadniać sobie, że jeszcze poradzimy sobie sami. Subiektywne poczucie trudności w zupełności wystarcza, by zgłosić się na konsultację i poszukać wsparcia.















