Katarzyna Pruszkowska, INTERIA: Mam wrażenie, że o trzech możliwych reakcjach na stres, a więc ucieczce, walce i zamrożeniu słyszeli niemal wszyscy. Ty opisujesz jednak jeszcze jedną, o wiele mniej znaną, mianowicie reakcję uległości. Na czym ona polega?
Meg Josephson: - Na początek uściślijmy, że te mechanizmy pojawiają się w odpowiedzi na szeroko pojęte zagrożenie: zarówno to, które rzeczywiście istnieje, jak i to, które sobie jedynie wyobrażamy. Podobnie możemy więc zareagować zarówno na napastnika, który ewidentnie chce nam zrobić krzywdę, jak i na wiadomość od przyjaciółki: hej, musimy pogadać, która wywoła w nas niepokój. Dla naszego ciała tak naprawdę nie ma znaczenia, czy coś nam rzeczywiście grozi, czy nie - biologiczne reakcje, które się uruchomią, są bowiem takie same.
- W przypadku reakcji walki, ucieczki lub zamrożenia, naszym celem jest rzeczywiste lub metaforyczne oddalenie się od źródła niebezpieczeństwa. Reakcja uległości polega na czymś innym: na zbliżeniu się do tego, kto nam zagraża, np. do szefa czy przyjaciółki, i próbach zadowolenia go przez zaspokajanie potrzeb, komplementowanie, wykonywanie poleceń. Wszystko dlatego, że u jego podstaw leży takie założenie: nie jestem bezpieczna, dopóki nie poczuję, że mnie lubisz, a między nami jest w porządku.
Po czym możemy poznać, że korzystamy właśnie z tej reakcji?
- Początkowo to może być trudne, bo mówimy o reakcjach, które są nieświadome. Mogę jednak wymienić kilka charakterystycznych dla reakcji uległości zachowań. Po pierwsze, osoby, które mają do niej skłonność, bardzo często nadmiernie analizują swoich interakcje społeczne - rozpamiętują każdą sytuację, zastanawiają się, co powiedzieli lub czy dobrze zareagowali. Po drugie, ponieważ boją się, że ludzie będą na nich źli, za wszelką cenę unikają konfliktów, trudnych, lecz szczerych rozmów; zamiast tego na ogół ze wszystkim się zgadzają. Po trzecie, ponieważ nie potrafią się otworzyć i ujawnić swoich prawdziwych uczuć, mogą czuć się samotne, nawet w pozornie bliskich relacjach. Po czwarte, nie umieją stawiać granic i mówić "nie". Najczęściej na wszystko się zgadzają, choćby potem miały tego żałować. To wszystko może doprowadzić do pojawienia się poczucia, że właściwie sami nie wiedzą, kim są - nie potrafią powiedzieć, co lubią, czego nie, co sądzą na dany temat. Wszystko dlatego, że spędzają swoje życie na zadowalaniu innych.

W psychologii wiele mówi się o tym, jak dzieciństwo wpływa na nasze późniejsze życie psychiczne. Czy w przypadku reakcji uległości również tak jest?
- Oczywiście. Szczególnie, jeśli wychowywaliśmy się w domu, który nie był stabilny - opiekunowie byli nieprzewidywalni, mieli wahania nastroju, często krzyczeli lub przeciwnie - stosowali "karanie ciszą". Dzieci wychowane w takim środowisku żyją w stanie ciągłej gotowości, na "wstrzymanym oddechu". Bo tak naprawdę jedyne, co mogą zrobić, by poczuć, że mają jako taką kontrolę w środowisku, na które w większości nie mają wpływu, to nie denerwować opiekunów. Czyli zawsze zachowywać się "dobrze". Przyjęcie takiej strategii pozwala w dzieciństwie czuć się bezpiecznie, jednak należy pamiętać, że te wyuczone reakcje nie znikają magicznie po osiągnięciu dorosłości. Wtedy objawiają się jako chroniczne zaspokajanie potrzeb innych, podlizywanie się. Niepokój z dzieciństwa, np. o to, czy tata jest na mnie zły, czy tylko ma kiepski humor?, przenoszą na dorosłe relacje - np. czy szef chce mnie zwolnić, bo zapytał, czy mam chwilę, by pogadać?. To ta sama fiksacja, tylko przeniesiona w inne środowisko.
Dobrze rozumiem, że nie musimy w dzieciństwie doświadczyć traumatycznego doświadczenia w rodzaju przemocy czy wykorzystywania seksualnego, ale wielu "drobnych", ale powtarzających się zaniedbań?
- Jak najbardziej. To prawda, że słowo "trauma" kojarzy nam się z wydarzeniami, do których trzeba wzywać policję lub ekstremalną przemocą. Poniekąd słusznie, bo te sytuacje rzeczywiście traumatyzują. Jednak istnieje również tzw. trauma złożona, która może pojawić się, jeśli w środowisku, w którym powinniśmy czuć się bezpiecznie, regularnie i wielokrotnie dochodzi do sytuacji, kiedy czujemy się niewidziani, niewysłuchani czy niekochani. Np. czyjaś mama choruje na depresję i nie jest w stanie zająć się dzieckiem, więc ono musi się o siebie zatroszczyć samo. Jeśli to trwa wiele lat, musi pozostawić ślad. Tak samo w przypadku rodzica, który każdego dnia krzyczy na dziecko, obraża je, wyzywa, a przy tym nie przeprasza.
Z traumą złożoną spotykam się w swojej praktyce często, a jednym z jej skutków jest właśnie reakcja uległości, która w dzieciństwie pozwoliła nam się zaadaptować do środowiska po to, by w nim przetrwać.
Czy może zdarzyć się tak, że w dzieciństwie nie jesteśmy świadomi tego, jak bardzo musimy się dopasować, i dopiero w dorosłości zaczynamy rozumieć, że uczestniczyliśmy w sytuacjach, które nie powinny były mieć miejsca?
- Powiedziałabym nawet, że najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z tego, że w dzieciństwie coś było nie tak, dopóki nie opuścimy domu rodzinnego. Wcześniej możemy coś przeczuwać, szczególnie w okresie dojrzewania. Sama wychowywałam się niestabilnym w domu, w którym jeden z opiekunów zmagał się z uzależnieniem. Jako dziecko nie myślałam, że spotyka mnie coś złego, bo to była moja codzienność - jedyna, jaką znałam. Dopiero kiedy zaczęłam odwiedzać domy przyjaciółek, pojawiły się we mnie pierwsze podejrzenia. Z perspektywy psychologii rozwojowej przetwarzanie dzieciństwa zazwyczaj następuje dopiero, kiedy kończymy 20 lat. Na ogół bowiem właśnie wtedy zaczynamy budować życie na własnych zasadach i możemy wreszcie powiedzieć, że coś nam nie pasuje. Oczywiście pod warunkiem, że sobie na to pozwolimy i poświęcimy na to czas.
Dlaczego nawet w późniejszym wieku niektórym z nas tak trudno przyznać, że nasze dzieciństwo było zwyczajnie trudne?
- Cieszę się, że o to pytasz. Otóż to naturalna reakcja, która ma nas chronić. W dzieciństwie stawianie opiekunów na piedestale jest normalne, bo to jedyne osoby, które mogą się o nas zatroszczyć i nas ochronić. Dlatego dzieci nie są w stanie uwierzyć, że dorośli mogliby celowo je krzywdzić. Jeśli bowiem oni nie mogą nas chronić, to kto może? Ten mechanizm często towarzyszy nam w dorosłości - jeśli bowiem nie będziemy dokładnie pamiętać dzieciństwa i nie przyznamy, że wtedy w jakiś sposób nas skrzywdzono, nie będziemy musieli czuć bólu. Sama przeszłam przez taki proces, w którym zrozumiałam, że jedna i ta sama osoba może się o nas i troszczyć, i nas ranić, że rodziców, którzy krzywdzili, można kochać i mieć z nimi także dobre wspomnienia. W odkrywaniu dzieciństwa jest miejsce na tą złożoną wizję świata i towarzyszący jej bałagan. Moim klientom staram się przypominać o tym, że pamiętanie dobrych chwil nie sprawia, że ból znika, a uznanie bólu nie oznacza, że musimy wymazać to, co było dobre. Te wszystkie emocje mogą w nas istnieć jednoczenie, a przyjęcie ich, w przeciwieństwie do ignorowania, pozwala ruszyć dalej.
A czy takim triggerem, który sprawi, że zaczniemy wracać do wspomnień, mogą być narodziny dziecka? Pytam, bo w rozmowach z wieloma koleżankami, które maja małe dzieci, pojawia się temat tego, jakie było nasze dzieciństwo, a jakie chciałaby dać własnym dzieciom.
- O tak. Rodzicielstwo może być jednocześnie leczące i bardzo trudne. Dla wielu osób jest wręcz punktem zwrotnym w konfrontowaniu się z własnym dzieciństwem. Z jednej bowiem strony jesteśmy już dorośli i możemy stworzyć naszym dzieciom zupełnie nowe środowisko, w którym jest bezpiecznie. Z drugiej, dajemy dzieciom taką bezwarunkową miłość, więc może pojawić się w nas myśl: skoro dla mnie to takie łatwe, to dlaczego ja nie dostałam takiego spokoju i poczucia bezpieczeństwa?

Ponieważ interesuję się psychologią, zdarzało mi się przeczytać czy usłyszeć, w tym od osób zawodowo zajmujących się prowadzeniem terapii, że wracanie do dzieciństwa nie ma sensu. Że trzeba pogodzić się z tym co było, uznać, że rodzice starali się jak mogli, i żyć dalej. Czy twoim zdaniem takie podejście ma sens?
- Myślę, że najrozsądniejsze jest zachowanie równowagi. Możemy nie patrzeć wstecz, ale przeszłość nadal nas podgryza i manifestuje się za pomocą objawów w cele, niepokój, depresję. W takim wypadku ignorowanie jej nie pomoże, może natomiast sprawić, że poczujemy się jeszcze gorzej. Potrzebny jest raczej proces, w którym uznamy to, co nas spotkało i damy sobie szansę na poczucie emocji, których wcześniej nie pozwalaliśmy sobie czuć. Nie postrzegam tego jako jednorazowej sytuacji na zasadzie: dobrze, poczułam ten żal, więc mogę już o nim na zawsze zapomnieć.
- Nie - żal, smutek czy ból przychodzą falami, mogą wrócić np. w okresie ważnych świąt, kiedy po raz kolejny uświadomimy sobie, że nie mamy rodziców, jakich zawsze pragnęliśmy mieć. Nie sądzę więc, że powiedzenie: przestań rozpamiętywać, po prostu żyj, naprawdę może coś zmienić. Jednak czym innym jest stałe życie w przeszłości, odtwarzanie starych historii tak często, że niemal stajemy się ich więźniami. Refleksja i ruminacja (nadmierne analizowanie np. minionych trudnych sytuacji - przyp. red.) to dwie różne praktyki - pierwsze pozwala uznać przeszłość i żyć w teraźniejszości, druga - przeciwnie.
Wrócę na chwilę do twoich wizyt u przyjaciółek, które zasiały pierwsze wątpliwości - czy za tym, czego nigdy nie mieliśmy, możemy zacząć tęsknić dopiero po latach, kiedy, być może już jako dorośli, zobaczymy i zrozumiemy, czego nie mieliśmy?
- Oczywiście! Wiem, że utarło się mówić o żałobie tylko w kontekście śmierci kogoś bliskiego, przynajmniej w USA, ale ja sądzę, że istnieje inny rodzaj żalu. To żałoba po kimś, kto wciąż żyje i po relacji, której mimo to nigdy już nie będziemy mieć. Żal, który pojawia się, kiedy zrozumiemy, że nasze nadzieje na to, że ktoś się zmieni, były płonne. Te emocje mogą pojawić się znienacka, np. kiedy widzimy rodzinę i myślimy: oni mają to, czego ja nigdy nie miałam. To wywołuje taki bolesny smutek; pojawia się rodzaj pustki za tym, czego nie było nam dane doświadczyć. Poruszyłam ten wątek w swojej książce, bo uważam, że uznanie tego żalu jest kluczowe, byśmy mogli ruszyć dalej. Mówienie "po prostu żyj dalej" nie zadziała, bo nie pozwolą nam na to nasze ciała, które pamiętają, że nie mieliśmy rodzica, który by nas wysłuchał i sprawił, że poczujemy się bezpieczni, ważni. To bardzo szczególne uczucie: jedni czytelnicy razu poczują, o czym teraz mówimy, a inni - nie.

Domyślałam się, że po dzieciństwie, w którym zabrakło poczucia bezpieczeństwa i trzeba było "dbać" o humor rodziców, by nie przydarzyło się nic niemiłego, stajemy się bardziej uważni na otoczenie?
- Tak, towarzyszy nam wtedy tak zwana hiperinwigilacja, czyli nadmierna czujność. Pozostajemy w stałej gotowości do rozpoznawania nastrojów i mowy ciała innych ludzi. W przypadku traumy złożonej takie postępowanie wydaje nam się zupełnie normalne - ot, tak po prostu mamy, i trudno sobie wyobrazić, że inni żyją inaczej. Ta gotowość jest nam bowiem niezbędna, żeby w razie zagrożenia móc uruchomić mechanizm uległości.
Wiem, że dla ciebie ważnym wydarzeniem, które cię zatrzymało i pozwoliło wyjść z życia na autopilocie, był wypadek, w efekcie którego doznałaś wstrząsu mózgu i przez kilka tygodni musiałaś leżeć. Pamiętasz, jakie emocje towarzyszyły ci w tamtym czasie?
- Doskonale, bo to było dla mnie bardzo trudne. W zasadzie nie opuszczałam łóżka, nie było nawet mowy o tym, by wychodzić z domu. Zostałam sama ze swoimi myślami i emocjami, i czułam, które mnie przytłaczały. Pomyślałam więc, że skoro i tak leżę, równie dobrze mogę zacząć medytować. Na początku nie mogłam wysiedzieć w ciszy nawet kilku minut, serce zaczynało przyspieszać, pojawiały się niepokój i pobudzenie. Po latach zobaczyłam to samo u swoich pacjentów, którzy mówią: próbowałem medytować, ale mi nie wychodzi. To dlatego, że przez całe lata nie byli obecni w swoim ciele. Dlatego to ważne, by tego procesu nie pospieszać. Dziś patrząc na ten czas, który spędziłam samotnie, zamknięta w czterech ścianach, widzę, jak bardzo był mi potrzebny.
W dzieciństwie zadawalamy rodziców, od których zależymy. A czy w dorosłości ten mechanizm przenosimy na osoby, które postrzegamy podobnie - np. szefa?
- Tak, reakcja uległości bardzo często zdarza się w relacjach związanych z autorytetem i władzą, np. z szefem czy przywódcą religijnym; każdym, kogo postrzegamy jako postawionego wyżej i mającego nad nami władzę. Kiedy je spotykamy, niemal automatycznie przypominamy sobie, co robiliśmy w dzieciństwie, by zadowolić autorytety - staraliśmy się udowodnić, że jesteśmy coś warci czy zrobić na kimś wrażenie. Te same działania podejmujemy więc i jako dorośli ludzie. Sądzę, że u wielu osób reakcja uległości pojawia się właśnie szczególnie w kontaktach z przełożonymi, bo to oni, całkiem dosłownie, decydują o naszym bezpieczeństwie - o tym, czy będziemy mieć za co zapłacić rachunki i kupić jedzenie. Nie mówię tu oczywiście o wypełnianiu swoich obowiązków, ale czymś więcej - usilnych próbach zadowolenia kogoś tylko dlatego, że od niego zależymy.
Jakie mogą być skutki stawiania emocji i dobrego samopoczucia innych nad własnym dobrostanem?
- Mam wrażenie, że dziś często psychologia popularna stawia przed nami dwa scenariusze - albo poświęcam się dla innych, albo całkowicie od nich odcinam, żeby skoncentrować się wyłącznie na sobie. Jednak jesteśmy istotami prospołecznymi, a więc potrzebujemy relacji i więzi. Dobrze prowadzone leczenie, które prowadzi do rozumienia naszych potrzeb i emocji, nie sprawi, że przestaniemy interesować się innymi - jesteśmy w stanie dbać i o siebie, i o innych, jednocześnie. Dawanie sobie prawa do bycia sobą prowadzi do tego, że będziemy zdolni do tworzenia bliższych, opartych na szczerości relacji. A jeśli zdarzą się nieporozumienia czy dojdzie do różnicy zdań, co przecież jest naturalne, będziemy to w stanie wytrzymać bez automatycznego reagowania uległością.

Wspominasz o różnicy zdań - czy możesz wyjaśnić, dlaczego osoby, których reakcją na stres jest uległość, tak bardzo boją się konfliktów?
- Wielu z nas w dzieciństwie doświadczało sytuacji, w której konflikty rozwiązywano krzykiem lub milczeniem. Na przykład rodzice najpierw krzyczeli, potem wysyłali do swojego pokoju, a po godzinie zachowywali się jakby nigdy nic. Nie było żadnych przeprosin ani dążenia do naprawienia relacji np. przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam, to moja wina, nie zasłużyłaś na to, kocham cię - taki komunikat byłby leczniczy, a zamiast niego następowało dezorientujące dziecko udawanie, że nic się nie stało. W dorosłości osoby z takimi doświadczeniami mogą mieć przekonanie, że każdy konflikt musi być wielki i destrukcyjny, a to, że się z kimś pokłóciły, oznacza, że ich relacja jest zniszczona i nie ma już czego zbierać. Dlatego starają się, jak mogą, by do konfliktów nie dochodziło - nie dzielą się swoimi opiniami, podporządkowują oczekiwaniom innych. Byle tylko ich nie rozdrażnić i nie sprawić, że drugi człowiek nas opuści i zostaną sami.
Wydaje mi się, że bez szczerości nie można budować bliskich i znaczących relacji z innymi.
- To prawda. Myślę, że takiej relacji zawsze będzie towarzyszyć dystans emocjonalny, nawet, jeśli drugiej stronie będzie wydawało się, że jesteśmy blisko. Nic dziwnego, bo osoba, która próbuje uniknąć konfliktu, pokazuje innym tylko te idealną wersję siebie, co może prowadzić do poczucia, że nikt jej tak naprawdę nie zna. Każdy wymuszony uśmiech i słowa "tak, to mi odpowiada" wypowiedziane wtedy, kiedy wcale tak nie jest, skutkują trzymaniem innych ludzi na dystans. Budujemy barierę, za którą jest tylko samotność. Poza tym takie zachowanie może doprowadzić do pojawienia się myśli w stylu: czy ja jestem fałszywa? Czy nikt mnie naprawdę nie poznał? A może ja przez całe życie po prostu udaję?
Wiem, bo na ten temat można przeczytać wszędzie - od kolorowych magazynów po wpisy na Instagramie, jak ważne jest wyrażanie swojej opinii i stawianie granic. Problem w tym, że dla wielu kobiet, choć oczywiście nie tylko, wiąże się to z poczuciem winy i przekonaniem, że jesteśmy "złymi" - partnerkami, matkami, córkami. Dlaczego?
- Jeśli przez całe życie zadawalaliśmy innych i dzięki temu czuliśmy się bezpiecznie, stawianie granic będzie trudne, bo uruchomi poczucie zagrożenia. Dla osób, dla których podporządkowywanie się jest normą, zwykłe powiedzenie "nie, nie pójdę z tobą na imprezę. Jestem zmęczona po całym tygodniu pracy" może wydać się złe, wręcz agresywne. Także dlatego, że jest odejściem od dobrze znanego, a więc - bezpiecznego, scenariusza. Od razu próbują przewidzieć redakcje drugiej strony; "widzą" jej dyskomfort czy rozczarowanie i się za nie obwiniają - bo już w dzieciństwie nauczyły się, że to, jak reagują na nas inni ludzie, jest naszą winą. Krótko mówiąc - to normalne, że na początku stawianie granic i mówienie "nie" jest trudne. Nawet po czasie takie bywa.
Zatrzymały mnie słowa "przewidzieć reakcje" - dlaczego tak trudno nam uwierzyć, że gdyby inni rzeczywiście mieli kłopot z naszymi decyzjami, powiedzieli by nam o tym?
- To również normalne i naturalne u osób, które reagują uległością. Starają się "czytać" ludziom w myślach i dociec, czy inni naprawdę mają na myśli to, co mówią. Dopytują więc "nie jesteś na mnie zły? Na pewno?", chcąc dodatkowych zapewnień. W efekcie druga strona rzeczywiście może się zezłościć, bo czuje się zmuszana do ciągłego uspokajania i potwierdzania swoich intencji. Myślę, że dobrą praktyką "na start" będzie ćwiczenie się w nie-czytaniu w myślach innych i zaufanie im, że jeśli rzeczywiście coś im się nie spodoba, to o tym zwyczajnie powiedzą.
Jeśli nie mamy do czynienia z sytuacją, kiedy ewidentnie kogoś skrzywdziliśmy, tylko np. uprzejmie odmówiliśmy jakiejś propozycji i komuś się to nie spodobało, nie musimy od razu zajmować się tą sytuacją. Jeśli druga osoba będzie chciała, zawsze sama może zainicjować rozmowę.
Z odmową skojarzył mi się jeden z wątków, któremu w książce poświeciłaś sporo miejsca. Chodzi mianowicie o to, że osoby reagujące uległością często mają kłopot z podejmowaniem własnych decyzji i zaufaniem sobie.
- Oj tak, osoby wytrenowane do chronicznego zadowalania innych, przyzwyczajone do tego, że szukają wsparcia i potwierdzenia na zewnątrz, mają ogromny problem z tym, by zaufać samym sobie. Jednak ja myślę o samozaufaniu jak o mięśniu, który można stopniowo wytrenować. Np. zanim zapytamy o zdanie innych, co samo w sobie nie jest przecież niczym złym, warto poświęcić chwilę na zorientowanie się, co my czujemy i myślimy, czego my chcemy. Każda taka sytuacja, w której oprzemy się na sobie, sprawi, że z czasem poleganie na swoim wewnętrznym przewodnictwie stanie się coraz łatwiejsze.
Co poradziłabyś osobom, które chciałaby zacząć ten proces, ale zwyczajnie boją się, że ich decyzje rozczarują bliskich im ludzi?
- Żeby zaczęli ten proces od nauki najważniejszej w mojej ocenie praktyki, jaką jest pauza. Zatrzymanie się, zanim spirala myśli rozkręci się na dobre. Np. podjęłam jakąś decyzję, podejrzewam, że ktoś z tego powodu może być na mnie zły i siadam do pisania wiadomości o treści: między nami okej? Zrobiłam coś źle?. Właśnie wtedy - między pojawieniem się takich niepokojących myśli, a wysłaniem SMS, warto powiedzieć sobie "stop" i zastanowić się: czy ja sama naprawdę uważam, że zrobiłam coś złego? I tak w każdej kolejnej sytuacji, w której pojawia się ten sam wzorzec, czyli natłok myśli i niepokój. Ta praktyka z czasem pokaże ciału, że nie jest już uwięzione w przeszłości i dzieciństwie, ale tu i teraz. A tu jest bezpiecznie.
Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało - jak można zacząć odkrywać, co lubimy, czego chcemy, o czym marzymy, jeśli nie mieliśmy okazji wcześniej się tego nauczyć?
- Wcale nie uważam, że to dziwne; ten proces może co najwyżej wydawać się nienaturalny. Zaczęłabym od zadawania sobie prostych pytań: co teraz czuję? Co o tym myślę? Na przykład kiedy ktoś pyta, co chciałabyś zjeść na kolację, nie mówmy od razu: to, na co ty masz ochotę, ale zastanówmy się chwilę, a nawet wyobraźmy sobie różne potrawy i pomyślmy: co teraz wydaje mi się smaczne? Takie ćwiczenia może prowadzić wszędzie, choćby na zakupach - zanim wyślemy do koleżanki zdjęcie z pytaniem: jak w tym wyglądam?, zastanówmy się: jak się w tym czuję? Jakie to jest w dotyku? Czy ja się sobie podobam w tym ubraniu?.
- Innym ważnym pytaniem, które może pomóc ustalić, co lubisz robić, jest: jak spędzałaś czas w dzieciństwie? Co cię wtedy uszczęśliwiało? Co sprawiało, że czas mijał szybciej?. Czyli co cieszyło, zanim nauczyliśmy się, że musimy się zmienić, by dopasować się do wizji innych i ich zadowolić. Co sprawiało przyjemność, a nie musiało być produktywne i rozwijające. Myślę, że odkrycie tego naprawdę może być wyzwalające i może być początkiem zbliżania się do siebie.













