Z okazji Światowego Dnia Świadomości Otyłości eksperci przypominają, że medycyna znajduje się dziś w przełomowym momencie. Wiemy już, że z chorobą otyłościową możemy wygrać, a skuteczne leczenie farmakologiczne otyłości przestało być wizją przyszłości - stało się faktem. Nadal jednak napotyka problemy. W publicznej dyskusji wciąż pojawiają się głosy, że leczenie to "droga na skróty", a "pacjenci sami są sobie winni". - Pacjenci, nawet gdy odważą się przyjść do lekarza po pomoc, od progu się tłumaczą ze swojego stanu - mówi prof. Mariusz Wyleżoł.
Wyjaśnia też dlaczego otyłość należy traktować jak każdą inną chorobę przewlekłą, jakie konsekwencje niesie jej nieleczenie oraz dlaczego debata publiczna wokół refundacji nowoczesnych terapii wymaga precyzji i odpowiedzialności.
***
Karolina Siudeja-Dudek, Interia ZDROWIE: Skuteczne farmakologiczne leczenie otyłości stało się faktem. Jeszcze niedawno wydawało się to wszystko science fiction. Teraz to się już dzieje. Myśli pan, że tej chirurgii bariatrycznej za jakiś czas w ogóle nie będzie?
Prof. Mariusz Wyleżoł: Myślę, że taka jest naturalna kolej rzeczy w medycynie, że mniej inwazyjne metody leczenia, mniej inwazyjne technologie zastępują te bardziej inwazyjne. Tak jak kiedyś jedynym sposobem pomocy chorym z zaawansowanymi postaciami choroby wieńcowej było zrobienie tak zwanych bypassów przez kardiochirurgów. Z czasem pojawiły się zabiegi angioplastyki, czyli tak zwane stenty, które coraz szerzej i coraz odważniej wchodzą w obszar kardiologii i kardiochirurgii.
Albo choroba wrzodowa żołądka. W latach 70., 80. i nawet na początku lat 90. była ona najczęstszym wskazaniem do operacji na żołądku. Wraz z odkryciem Helicobacter pylori, wraz z wdrożeniem antybiotykoterapii, okazało się, że chirurgia została całkowicie wyparta z planowego leczenia choroby wrzodowej. Pozostały tylko powikłania, takie jak perforacja, krwawienie, nowotworzenie, zwężenie. Co więcej, potrafimy tę chorobę wyleczyć antybiotykiem.
Niewątpliwie chirurgia bariatryczna też w pewnym momencie zostanie zastąpiona mniej inwazyjnymi metodami leczenia. Może to będą zabiegi endoskopowe, może pełnoskalowa farmakoterapia. Ale jedna rzecz jest najważniejsza - nie nastąpi to jutro ani pojutrze.
Trawestując słynne powiedzenie Winstona Churchilla: "To nie jest koniec. To nawet nie jest początek końca. Ale być może to koniec początku". Jest to absolutny, niewątpliwy przełom w medycynie. Został wyznaczony kierunek. Liczne badania kliniczne testują różne cząsteczki. Część z nich odpadnie na etapie badań, część zostanie wdrożona. Niemniej - nasze możliwości terapeutyczne będą coraz lepsze.
Za wcześnie jeszcze by ogłosić sukces? Nie wygraliśmy jeszcze z chorobą otyłościową.
W chwili obecnej zaledwie 3-4 proc. chorych jest leczonych z powodu otyłości. Jeżeli na 9 milionów chorych na otyłość w Polsce leki do kontroli masy ciała i operacje bariatryczne obejmują zaledwie około 300 tysięcy osób, to oznacza, że poza nawiasem pozostaje 97 proc. nieleczonych chorych. Proszę sobie wyobrazić taką sytuację w przypadku jakiejkolwiek innej choroby. To byłby skandal.
Tymczasem w publicznej dyskusji wciąż kwestionuje się zasadność leczenia otyłości farmakoterapią. Leki to zdaniem części osób "droga na skróty", a chorzy "mają na co sobie zapracowali" i powinni "wziąć się za siebie" - takie opinie słychać cały czas.
Podkreślam - leczenie otyłości to nie kwestia woli chorego. Porównuję to trochę do sytuacji, z jaką zmagał się Mikołaj Kopernik. Wyniki badań naukowych mówiły wyraźnie, że to Ziemia krąży wokół Słońca, a wszyscy mówili: "przecież widać, że to Słońce krąży wokół Ziemi".
My mamy wyniki badań naukowych, które wyraźnie wskazują, że otyłość to choroba biologiczna. Oczywiście czynniki ją wywołujące mają znaczenie, nikt tego nie kwestionuje, ale mamy do czynienia z chorobą biologiczną, a mimo to słyszymy: "wina chorego".
To jest nie do zaakceptowania, bo konsekwencje takiego podejścia są daleko idące. Proszę sobie wyobrazić, jak czuje się osoba chorująca na otyłość, słysząc takie słowa codziennie. Do tego stopnia jest to zakorzenione, że nawet gdy pacjent przychodzi do poradni leczenia otyłości, pierwsze słowa, jakie mówią, to: "nie radzę sobie", "grzeszę", "nie mam silnej woli".
W chwili obecnej zaledwie 3–4 proc. chorych jest leczonych z powodu otyłości, to oznacza, że poza nawiasem pozostaje 97 proc. chorych. (...) W wyniku nieleczenia otyłości będziemy musieli leczyć 500 tysięcy chorych z powodu nowotworów złośliwych
Pacjenci tłumaczą się ze swojej wagi, powielają stereotypy, żeby tylko nie narazić się na krytykę.
W ten sposób doprowadzamy do masowego rozwoju powikłań otyłości i masowego leczenia tych powikłań. Jak kiedyś policzyłem, w wyniku nieleczenia otyłości będziemy musieli leczyć 500 tysięcy chorych z powodu nowotworów złośliwych tylko dlatego, że nie leczyliśmy otyłości. Cukrzyca, nadciśnienie, zmiany zwyrodnieniowe stawów, zaburzenia lipidowe, depresja - ludzkie dramaty.
Ale nie chciałbym, by moje słowa były odbierane jako jednoznaczna krytyka naszego systemu opieki zdrowotnej. To dotyczy całego świata. W żadnym kraju opieka nad chorymi na otyłość nie jest zorganizowana nawet na minimalnie wystarczającym poziomie. Polska w niektórych obszarach, jak program KOS-BAR [obejmuje on operację bariatryczną oraz 12-miesięczną opiekę pooperacyjną - przyp. red.], ma osiągnięcia, które inne kraje mogłyby naśladować. Ale nie powinniśmy patrzeć na innych - powinniśmy dbać o naszych obywateli i nie doprowadzać do sytuacji, w której chorzy umierają z powodu powikłań otyłości.

Niedawno wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka, powołując się na zapis w ustawie refundacyjnej powiedziała, że farmakoterapia w leczeniu otyłości nie podlega refundacji bo leczenie można zastąpić zmianą stylu życia, czym wołała ogromne obudzenie środowisk lekarskich. Jak pan to skomentuje?
Jeśli chodzi o refundację leków do leczenia otyłości - szerokie otwarcie ich finansowania ze środków publicznych jest obecnie nierealne, bo początkowo oznacza dodatkowy koszt. Oszczędności przyjdą z czasem w postaci mniejszych wydatków na leczenie powikłań. Dlatego, w mojej opinii, trzeba obecnie zdefiniować grupę docelową, która odniesie największą korzyść terapeutyczną, i tej grupie zaoferować leczenie publiczne, a wraz z uzyskiwanymi efektami, także ekonomicznymi, rozszerzać tę możliwość leczenia. To powinna być ewolucja, nie rewolucja.
Ale czy faktycznie leczenie otyłości dałoby się zastąpić zmianą stylu życia?
Argument, że nie można refundować leków, które dałoby się zastąpić zmianą stylu życia, jest - moim zdaniem - nietrafiony. Proszę sobie wyobrazić: ktoś uprawia jazdę konną, spada i łamie kręgosłup - zgodnie z tym zapisem nie powinien być leczony ze środków publicznych. To jego styl życia spowodował uszczerbek na zdrowiu. Albo wycieczka rowerowa, nieszczęśliwy upadek - też styl życia. Jazda na hulajnodze, nartach, skoki spadochronowe, jogging - ile jest takich sytuacji, gdzie zgodnie z tym zapisem ustawowym ludzie powinni być leczeni na własny koszt?
Przykłady można mnożyć i mogą być one bardziej dramatyczne - weźmy chociażby raka płuca u palaczy papierosów, czy raka trzustki u osób nadmiernie używających alkoholu - nikt nie odmawia im refundacji leczenia. Leczenie otyłości to jest niestety jedyny obszar, gdzie ja słyszę ten argument. Czy ktokolwiek mówi tak w przypadku chorych, którzy mają zaburzenia lipidowe, nadciśnienie? Przecież to też zależy od tego, jak się odżywiali…
Argument, że nie można refundować leków, które dałoby się zastąpić zmianą stylu życia, jest nietrafiony. Proszę sobie wyobrazić: ktoś uprawia jazdę konną, spada i łamie kręgosłup – zgodnie z tym zapisem nie powinien być leczony ze środków publicznych.
Niektóre leki na otyłość pierwotnie były zarejestrowane w leczeniu cukrzycy typu 2. Przez kilka lat, gdy pojawił się bum na tzw. "zastrzyki na odchudzanie", bywało, że w magazynach i aptekach brakowało leku. Do dziś pokutuje przekonanie, że pacjenci przyjmujący leki na otyłość "zabierają je chorym na cukrzycę". Słusznie?
To ewidentny brak zrozumienia i wiedzy. Mówiąc, że osoby z otyłością "zabierają leki" chorym na cukrzycę - zawsze musimy dodefiniować, o jakiej cukrzycy mówimy. Cukrzyca typu pierwszego to ciężka choroba, u podłożu której leży pierwotny brak wydzielania insuliny i leczenie jest tu jedno - insulina. Cukrzyca typu drugiego jest natomiast klasycznym powikłaniem choroby otyłościowej. Najskuteczniejszym jej leczeniem jest leczenie otyłości.
Na 3 miliony Polaków z cukrzycą około 10-15 proc. to cukrzyca typu pierwszego, a 85-90 proc. to cukrzyca typu drugiego. Lecząc otyłość, obserwujemy ustępowanie cukrzycy, nadciśnienia, zmniejszenie ryzyka sercowo-naczyniowego, nowotworów, depresji, przedwczesnego zgonu. Jedną terapią możemy zastąpić wiele rozproszonych terapii.
Problem niedoboru niektórych leków wynikał z ich nieuporządkowanego stosowania. Dochodziło do takich patologii, że dziewczyna idąc na wesele, bierała sobie lek na 3 miesiące z receptomatu, żeby schudnąć parę kilo. Podkreślam z całą mocną - to jest szkodliwe.
Wierzę natomiast, że gdyby udało się wprowadzić refundację leków do kontroli masy ciała w jasno określonych wskazaniach, uporządkowalibyśmy ten rynek. To byłby najsilniejszy argument edukacyjny - to są leki na receptę, wymagają odpowiedzialności lekarzy i są gwarantowane przez Państwo.













