Cykl: "Życie z chorobą" to seria rozmów, w których zarówno pacjenci jak i ich rodziny opowiadają o tym, jak wygląda życie po zamknięciu za sobą drzwi gabinetu lekarskiego i usłyszeniu diagnozy. To kulisy życia, które często zostaje ograniczone do czterech ścian. Życia, z którego znikają codzienne aktywności, przyzwyczajenia, a także ludzie. Diagnoza często zamyka pacjentów w ich domach i pozostawia samych sobie, ale też zmienia życie ich najbliższych, którzy stają się opiekunami. W cyklu "Życie z chorobą" pytam o zdrowie i chorobę, o emocje, o plany i o to, jak zmienia się życie, w którym pojawia się choroba przewlekła.

Kiedy Jacek Ostrowski dowiedział się, że ma raka, miał już spakowany samochód, bo za kilka dni, razem z żoną planowali wyprowadzkę. A to był całkiem prosty plan - wyjechać z Płocka i osiąść w słonecznej Hiszpanii, pić dobre wino i spacerować po plaży. Na miejscu czekali umówieni agenci nieruchomości, którzy mieli kilka dobrych propozycji dla Ostrowskich.
Dosłownie kilka dni przed wyjazdem żona poprosiła pana Jacka o to, by poszedł na podstawowe badania, zanim wyjadą z kraju. Poszedł, ale nie spodziewali się takiego obrotu spraw.
Małgorzata Janik, Interia ZDROWIE: Po co napisał pan książkę "Nie zamierzam umierać?"
Jacek Ostrowski, pisarz: Pisząc tę książkę przyświecały mi dwie intencje. Przede wszystkim to była dla mnie forma psychoterapii. To po prostu pomogło mi przetrwać początkowy okres choroby. Prócz tego uznałem, że skoro spotkało mnie coś takiego, to powinienem uświadomić innym mężczyznom, jak wygląda mierzenie się z diagnozą i objawami raka prostaty, przestrzec ich i w pewien sposób prosić, żeby się badali, żeby nie musieli zmierzyć się z tym, z czym mi przyszło. To była taka czarna dziura, do której wpadłem i to zupełnie niespodziewanie. Ktoś by powiedział, że to było jak trzęsienie ziemi, ale ja wciąż powtarzam, że po trzęsieniu ziemi można odbudować "coś", a w przypadku takiej diagnozy na pewne rzeczy jest już za późno. Moja choroba już się nie cofnie, mój stan jest nieoperacyjny i teraz trwa walka o przetrwanie i przedłużenie życia, bo na całkowite wyleczenie w tym momencie nie mam żadnych szans. Dlatego, chociaż może to brzmi banalnie, to chcę, żeby po przeczytaniu tej książki ludzie zaczęli się systematycznie badać.
Ile lat pan się nie badał?
- Sześć, może siedem lat. Podczas ostatnich badań wszystkie wyniki miałem w normie.
Po długim czasie zdecydował się pan na badania kontrolne, ale nie z własnej woli. To żona zachęciła do wizyty w laboratorium, prawda? I to tuż przed podróżą życia.
- Dokładnie tak było. Mieliśmy spakowany samochód i to aż po sufit, jechaliśmy do Hiszpanii, planowaliśmy się tam przeprowadzić. To poważna podróż, na dodatek z psem, więc trzeba było to przemyśleć i dobrze zaplanować. Jakoś dwa dni przed podróżą żona powiedziała do mnie: "zrób jeszcze badania, bo już tyle czasu ich nie robiłeś". Faktem jest, że nie czułem się dobrze, więc ta prośba tym razem trafiła u mnie na podatny grunt. Wcześniej zawsze znalazłem jakąś wymówkę: a to nie było ochoty, a to nie było nastroju, a to brakowało czasu.
Nie czuł się pan najlepiej? Pojawiały się niepokojące objawy?
- Tak, pojawiły się stany podgorączkowe. Wtedy myślałem, że moje objawy wynikają z przegrzania. Byliśmy na wycieczce dookoła Europy, było lato, więc myślałem, że podwyższona temperatura, które się wtedy pojawiła, wynikała właśnie z pogody. To było błędne myślenie, bo już wtedy coś się zaczęło dziać i podejrzewam, że gdyby żona nie namówiła mnie na badania, to wszystko zaczęłoby się dziać w podróży albo po dotarciu na miejsce, w Hiszpanii.
Oprócz stanów podgorączkowych pojawiały się inne sygnały, które dziś - z perspektywy czasu - łączy pan z choroba?
- Nie, prawda jest taka, że właściwie nie miałem innych, niepokojących symptomów, które byłyby alarmujące. To jest bardzo dziwne, biorąc pod uwagę mój stan zdrowia, to, jak choroba jest rozwinięta. Stany podgorączkowe nie trwały długo - po dwie, trzy godziny dziennie i same ustępowały. Ale pojawiały się codziennie i zawsze o tej samej porze.
Co zobaczył pan w wynikach badań?
- Wszystkie wyniki były w normie oprócz PSA. Było wysokie, nawet bardzo, wielokrotnie przekraczało normę.
Pana pierwsza myśl?
- Czułem, że coś jest nie tak, ale z drugiej strony łudziłem się, zresztą nie bezpodstawnie, że to pomyłka. Kilka lat wcześniej pomylono moje wyniki z wynikami innego pacjenta. Poszedłem do laboratorium zrobić te badania ponownie.
I to nie była pomyłka.
- Wynik był jeszcze gorszy, niż za pierwszym razem. Wiedziałem, że nie ma w tym żadnego błędu. Zadzwoniłem do córki, która powiedziała do mnie: "poczekaj, spokojnie" i po dwóch godzinach oddzwoniła do mnie z informacją, że mam umówionego urologa w Warszawie i rezonans magnetyczny.
- Już w trakcie wizyty u urologa usłyszałem, że na 80 proc. mam raka prostaty i według lekarza wygląda to źle. Mimo wszystko jeszcze się łudziłem, że to będzie taki rak, którego zoperują i będzie po wszystkim. Tak, jak było u mojego brata.
Chorował na to samo?
- Tak, ale on został zoperowany robotem da Vinci i u niego wszystko dobrze się skończyło.
Brat zachorował wcześniej od pana?
- Tak, ale uprzedzę pani pytanie: to nie jest genetyczne. Wykonano u mnie badania w tym kierunku, bo i brat i dziadek chorowali na ten nowotwór. Badania jednak wykluczyły, żeby miało to podłoże genetyczne.
Pana córka zawodowo zajmuje się medycyną i pracą nad terapiami w leczeniu onkologicznym, czyli ma szeroką wiedzę na ten temat. Dała po sobie poznać, że sprawa jest poważna?
- W rodzinie była panika. Chociaż córka starała się, żeby nie było po niej widać, że jest przejęta, to ja za długo ją znam, żeby udało jej się cokolwiek ukryć. Trudno, żebym nie zauważył, że zachowywała się inaczej niż zwykle. Poza tym prawda jest taka, że na nowotwór choruje cała rodzina. Nie tylko pacjent, ale cała rodzina odczuwa skutki diagnozy.
Jak szybko postawiono u pana tę diagnozę?
- Dwa dni po urologu miałem rezonans magnetyczny, który wykazał liczne przerzuty do kości. Później niemal od razu zrobiono mi tomografię komputerową, żeby potwierdzić albo wykluczyć przerzuty do tkanek miękkich: wątroby, trzustki, płuc. Wtedy byłoby pewnie kompletnie pozamiatane, nie oszukujmy się. Ale na szczęście nic takiego nie potwierdzono. No i później była królowa badań, czyli biopsja. To ona pokazała jak jest stopień złośliwości guza. U mnie wyszedł 7 (4+3 w skali Gleasona) nowotwór o umiarkowanej do wysokiej złośliwości. Lekarze dziwili się, że jest to "tylko" siódemka, patrząc na to, jakie i jak liczne miałem przerzuty.
Pacjenci, słysząc słowo "przerzuty", zazwyczaj wyzbywają się nadziei, że leczenie ma jakiekolwiek szanse na powodzenie. Często wychodzą z założenia, że to już jest koniec. Pan miał te przerzuty w kościach, ale w całym ciele. Jakie myśli przychodziły do głowy?
- Wrzuciłem w internet swoją diagnozę, bez jakichkolwiek filtrów wyszukiwania, no i wyszło na to, że zostało mi pół roku życia. W tym momencie nogi się pode mną ugięły, nie ukrywam tego. W ogóle, ten początkowy okres choroby był dla mnie ciężki. Nie chciałem z nikim rozmawiać, poblokowałem kontakty, żeby nikt do mnie nie dzwonił.
Ludzie pana drażnili?
- Drażnili i to bardzo, bo nie ma to jak powiedzieć choremu na raka, że "wszystko będzie dobrze". Jak dobrze, jak ja zdawałem sobie sprawę w jakim byłem stanie? To mnie doprowadzało do szału.
Nikt nie wie, czy będzie dobrze.
- Dokładnie tak, to taka nieudolna próba pocieszenia chorego. Tylko, że te słowa działają kompletnie na odwrót. Dlatego nie chciałem z nikim rozmawiać, nawet z członkami rodziny, za wyjątkiem żony, córki i kilku innych osób. Wiedziałem, że najpierw muszę sam siebie ogarnąć. To trwało jakiś czas.
Udało się ogarnąć? Poradzić sobie z tymi emocjami po diagnozie, uporządkować to?
- Pomogła mi w tym gorączka, ten stan, w którym się znalazłem w zasadzie tuż po wizycie u urologa. Od tego dnia codziennie w godzinach popołudniowych dostawałem wysokiej gorączki. Początkowo sądziłem, że oprócz nowotworu, przyplątał się do mnie jakiś wirus, ale dzisiaj już wiem, że to był właśnie ten moment, kiedy choroba uderzyła we mnie z całą swoją mocą. Podobno właśnie w raku prostaty często tak jest - choroba długo pozostaje w ukryciu, nawet przez lata, a potem przychodzi takie silne uderzenie. Nowotwór wtedy rozwija się jak oszalały. Gorączka dosłownie ścięła mnie z nóg, więc nie miałem siły za dużo o nim rozmyślać.
W książce opisuje pan, że ta gorączka powodowała tak duże poty, że w nocy przebierał się pan kilka razy. Taki stan pojawił się z dnia na dzień?
- Zbijaliśmy ją różnymi środkami. Przebierałem się po kilkanaście razy i to każdej nocy, a wszystko zaczęło się od dnia wizyty u urologa. Wydaje mi się, że tu zadziałała psychika, bo choroba nabrała tempa, kiedy tylko usłyszałem diagnozę. Jak twierdzą specjaliści, od psychiki wiele zależy - od tego, jakie mamy nastawienie, jakie mamy podejście do diagnozy i leczenia. Tak, myślę, a nawet jestem tego pewny, że wyniki badań i pierwsza diagnoza spowodowały to, że choroba przyspieszyła. Nie mam na to innego logicznego wytłumaczenia.

Te stany gorączkowe z jednej strony w takim razie odciągały myśli od choroby, a z drugiej powodowały np. koszmary, które także opisuje pan w książce. A to potrafiły być okropne sny. One nie przytłoczyły pana bardziej?
- Sny od lat mam niesamowite i może właśnie dlatego piszę książki. Sny często odzwierciedlają stan naszej psychiki. Nawiązują do życiowej sytuacji i u mnie nawiązywały bardzo. Miałem prawie czterdzieści jeden stopni gorączki co noc, więc nic dziwnego, że byłem już trochę na pograniczu i pewnie stąd te koszmary. Dobrze, że mimo to prowadziłem swój dziennik, bo z perspektywy czasu myślę sobie, że trudno byłoby mi to wszystko później odtworzyć. Dziś mi się to wszystko zlewa w jedną całość.
"Powiedzieć, że to było trzydzieści dni drogi przez mękę, to tak, jakby nic nie powiedzieć" - takie zdanie czytamy w pana książce. Trzydzieści dni od momentu diagnozy do rozpoczęcia leczenia. Z czym jeszcze zmierzył się pan w ciągu tego miesiąca?
- Z gorączką i okropnymi bólami. Nie wiedziałem do tej pory, że kości mogą tak mocno boleć. Chwilami bałem się, że tego nie wytrzymam. Czułem też strach, że nie zdążę, że nie dotrwam do początku leczenia. Na wizyty do lekarzy jeździłem z Płocka do Warszawy - często z gorączką, ale ukrywałem ją przed lekarzami, bo bałem się, że odroczą mi leczenie. Kiedy w końcu gorączka wyszła na jaw, lekarze nie potrafili jej zbić, w każdej chwili groziła mi sepsa. To, co przeżywałem, to był po prostu horror. Miałem w głowie jedną, jedyną myśl: dotrwać do właściwego leczenia. Miałem kilka takich sytuacji, kiedy budziłem się w nocy i mówiłem do żony, że chyba nie dam rady. Że chyba nie doczekam początku terapii.
Ale dotrwał pan.
- Tak, najpierw dostałem hormony, naprawdę końską dawkę. Szokujące i piękne było w tym to, że mój organizm od razu zareagował na te leki. Poprawiło się moje samopoczucie, ustąpiły bóle. Pamiętam, jak pierwszy raz przyjechałem do profesora, który się mną zajmuje. Jak mnie wtedy zobaczył, to powiedział krótko: "leczenie paliatywne, przepisuję panu morfinę". Dla mnie to oznaczało wtedy koniec. Wzbraniałem się przed morfiną, bo kojarzyła mi się z hospicjum, z tym, że nie ma dla mnie żadnej nadziei. A jednak dotrwałem do początku leczenia. Nie mówię, że wszystkie dolegliwości ustąpiły, to byłoby za piękne. Do dzisiaj mam dni, kiedy odczuwam ból, ale to jest nic w porównaniu z tym, co przeszedłem na samym początku choroby.
To był ten moment, kiedy poczuł pan przypływ sił do walki?
- Cały czas chciałem walczyć i byłem na to gotowy. Już od samego początku miałem bojowe nastawienie. Gdybym go nie miał, to nie jeździłbym do Warszawy z 40-stopniową gorączką. Oczywiście - miałem momenty zwątpienia i miałem myśli, że będzie już po mnie. Ale później mówiłem sobie, że nie dam się temu skurczybykowi, a jeśli już, to po długiej walce.
Chyba nie tylko bojowe nastawienie pana trzymało, ale też humor. Książkę zaczyna pan od dowcipu, w którym lekarz mówi do pacjenta, że ma dla niego dwie wiadomości: dobrą i złą. Zła jest taka, że pacjent ma raka prostaty a dobra, że rozejdzie się po kościach. Takiego czarnego humoru jest sporo w książce.
- To jest mój sposób bycia i podejście do życia. Zawsze mówię tak: jak los chciał, ale jeśli coś jest mi nie na rękę, to trzeba walczyć, próbować to coś zmienić, poigrać z losem. Naprawdę dużo zależy od naszego podejścia. Profesor, który mnie leczy mówi, że pacjenci dzielą się na trzy typy: są optymiści, optymisto-realiści i pesymiści, ale ci ostatni żyją najkrócej. Ja należę do tej pierwszej grupy, uważam, że dostałem coś cennego od losu, bo przecież mogłem niespodziewanie umrzeć na zawał serca, a jednak dostałem ostrzeżenie i dostałem szansę. Na terapii hormonalnej mogę żyć kilka lat, a wciągu tych kilku lat medycyna może iść naprzód. Ale jeśli nie, to chcę jak najlepiej wykorzystać ten czas, który mi został. Dlatego chcę w tym roku pojechać do Hiszpanii, chcę napisać jeszcze kilka dobrych książek. Życie idzie dalej, a ja chcę z niego jeszcze coś wycisnąć.
Jak przebiega pana leczenie?
- Jestem tuż po chemioterapii, którą przeszedłem okropnie. Zaczęło się na niej to samo co na początku choroby, czyli: gorączka, bóle, nieprzespane noce, potworne poty i częste bieganie do toalety. W nocy budziłem się nawet po sześć, siedem razy. Dodatkowo brak odporności na infekcje i niewydolność oddechowa. Z parteru na piętro mojego domu wchodziłem z przystankami na odpoczynek, takiej zadyszki dostawałem. Teraz to powoli mija, chodzę już na krótkie spacery z psem, ale początki były okropne. No i mierzę się teraz z neuropatią. Ręce i nogi mrowieją, drętwieją, bolą. Pod paznokciami pojawiły się brzydkie, krwawe wybroczyny. Skutkiem ubocznym chemii jest też zaostrzenie cukrzycy. No i refluks. Wszystko to razem, te dodatkowe dolegliwości - to dodatkowo mocno kopie człowieka.
Wiedział pan, jakie mogą być skutki uboczne chemii?
- To były bardzo oględne informacje. Nikt mnie nie ostrzegł przed niektórymi powikłaniami, ale i tak to nie miałoby dużego znaczenia, bo chemia była konieczna. Nie zmienia to jednak faktu, że byłem czasem zaskoczony i przerażony tym, co się ze mną działo w trakcie leczenia.
Są efekty tej chemii? Co pokazują teraz badania?
- Po chemioterapii mam praktycznie zerowe PSA, ale niestety muszę czekać na kolejną scyntygrafię. Mój poprzedni wynik badania, które robiłem na własną rękę w prywatnej przychodni, nie został mi wydany. Nie zgrali go na żadną płytę, więc nie mam zdjęć, które mógłbym przekazać swojemu profesorowi. To sprawia, że musimy czekać aż do jesieni, żeby ponowić badanie i sprawdzić, jak teraz wyglądają zmiany nowotworowe po leczeniu chemią.
- Najważniejsze, że dochodzę do siebie, zadyszka powoli mija i mogę już w miarę swobodnie spacerować. A co wyjdzie w badaniach? Czas pokaże.
Na raka prostaty co roku choruje ponad 20 tys. mężczyzn a i tak wciąż jest to choroba, która uchodzi za "wstydliwą". Pan się nie tylko nie wstydzi, ale napisał pan o tym książkę i głośno mówi pan o chorobie. To jest misja?
- Na pewno zauważyła pani, że w książce zamieściłem też informacje o mężczyznach, którzy zmarli na raka prostaty. Jest sporo nazwisk zagranicznych, a polskich? Prawie wcale. Wstydzimy się mówić o raku prostaty. Nawet, jak ktoś znany umarł z tego powodu, to często w internecie możemy znaleźć informację, że przyczyna śmierci nie została podana do publicznej wiadomości. Uważam, że powinniśmy jak najwięcej mówić o tym nowotworze i jak najwcześniej zacząć się badać, nawet tuż po 30. roku życia. Prawda jest taka, że gdyby każdy mężczyzna dożył setki, to najpewniej każdy z nich miałby nowotwór prostaty. Problem jest i nikt nie jest w stanie zamieść go pod dywan, a my wciąż traktujemy tę chorobę trochę tak, jakby była chorobą weneryczną. Mówieni o profilaktyce, opowiadanie o swojej chorobie uważam za mój obowiązek. Myślę, że wysłuchanie moich wywiadów, czy lektura książki trafi do umysłów innych mężczyzn, że zachęci ich do badań PSA i co ważne, do corocznych badań. Czy to jest moja misja? Być może tak.
Oprócz nazwisk, w książce pojawiło się też sporo ciekawostek związanych z prostatą. Pisze pan między innymi o niekonwencjonalnych metodach leczenia raka, np. że kiedyś prostatę leczono magnesem, albo ząbkiem czosnku stosowanym doodbytniczo, albo lewatywą z kawy, bo - cytuję - "kofeina stymuluje prostatę i oczyszcza organizm". W dzisiejszym świecie też nie brakuje nietypowych metod leczenia różnych chorób. Co pan myśli o takich wspomagaczach?
- Ja wierzę w medycynę, nie wierzę w szarlatanów. Jestem wrogiem takich praktyk, kiedy to człowiek bez wykształcenia medycznego, dla własnych korzyści namawia chorych ludzi na dziwne metody lecznicze, żerując na ich pieniądzach i stanie zdrowia. Kiedyś był taki, który miał ręce, które leczą, byli znachorzy, którzy leczyli ziołami. Dzisiaj niektórzy nadal w to wierzą, a później płaczą, bo na konwencjonalne leczenie jest już dla nich za późno. Oczywiście - każdy może się leczyć, jak chce. Człowiek jest istotą wolną, może sam o sobie decydować. Z jakim skutkiem? No nie zawsze takim, jakiego oczekuje.
Wcześniej powiedział pan, że choroba pana zmieniła. Czego się pan o sobie dowiedział od dnia diagnozy?
- Na pewno stałem się człowiekiem spokojnym, a wcześniej byłem bardzo impulsywny. Teraz wiem, że nie warto się denerwować byle czym, całkiem inne rzeczy mają dla mnie znaczenie. Chcę naprawdę dobrze wykorzystać ten czas, który mi pozostał, a nie koncentrować się na rzeczach mało istotnych. Moi najbliżsi też zwracają uwagę na to, że się zmieniłem, a więc coś w tym jest.
Czego powinna uczyć pana historia?
- Żeby się badać i jeszcze raz badać. Każdy mężczyzna po 30. roku życia powinien badać się regularnie. Regularnie - to jest kluczowe. To nie może być jednorazowy zryw, ale regularne sprawdzanie swojego zdrowia. Na raka prostaty umierają nawet trzydziestolatkowie, zostawiając wszystko: żony, dzieci, domy i idą do piachu. Czy warto? Nie warto. Nie warto być głupcem. Wiem, bo ja nim byłem. Badanie krwi raz w roku nie boli, a naprawdę może uratować życie - dosłownie.
"Chemia to nowe wyzwanie dla mojego organizmu, to mnóstwo skutków ubocznych, od tych drobnych po bardzo poważne. Wierzę jednak, że moje życie jest warte tej ceny. Wierzę, że to wszystko przetrwam i znów od marzeń wrócę do planowania. Wierzę, że moje życie od nowa nabierze sensu.
Jacek Ostrowski - pisarz, autor serii komedii kryminalnych, serii powieści sensacyjnych, powieści gotyckich i książek przygodowych. Najbardziej znane tytuły to: seria z Zuzą Lewandowską, seria z Agatą Johnson.
Choruje na raka prostaty, ale nie zamierza umierać!"













