Reklama

"Nie będzie mi jakiś skorupiak mówił, jak mam żyć"

Mieszkała na ósmym piętrze bloku z wielkiej płyty. Narzekała na odrapaną klatkę schodową i windę zatrzymującą się między piętrami, ale często mówiła, że widok z salonu rekompensuje niewygody. Po diagnozie w ogóle przestała wychodzić na balkon i wyglądać przez okna. Doszło do tego, że nawet się do tych okien nie zbliżała. Bała się, bo nie wiedziała, jak się zachowa.

Tam coś było

Niewielkie wgniecenie w prawej piersi. Od tego wszystko się zaczęło. Maria* zauważyła je pewnego ranka, gdy się przebierała, ale uznała, że to ślad pozostawiony przez niedopasowaną bieliznę. Zdarza się przecież. Szybko o tym zapomniała. Skąd miała wiedzieć, że to rozrastający się guz "wciąga" skórę do wewnątrz i w ten sposób deformuje pierś? Kilka tygodni później Maria mierzyła bikini w sklepowej przebieralni. Leżało doskonale, jak na nią szyte. Zadowolona zdjęła górę kostiumu, odłożyła ją na bok, zerknęła do lustra i zamarła. Przesunęła dłonią po skórze. "Ślad" cały czas tam był.

Reklama

Olga*sądziła, że należy bać się zgrubień, guzków. Niczego takiego nigdy nie zaobserwowała. Zalecenia dotyczące samobadań traktowała bardzo poważnie, chodziła na wizyty kontrolne dwa razy do roku. Zdziwiła się, widząc, że skóra na piersi w jednym miejscu wyraźnie się marszczy. Gdy przyjrzała się uważniej, dopatrzyła się też wgniecenia. Pomyślała, że to może jakiś uraz. Co prawda, nie mogła sobie przypomnieć, żeby się ostatnio uderzyła, ale może to po prostu przeoczyła? Codziennie po kąpieli przyglądała się zmianie - w świetle naturalnym i w sztucznym. Ta przecież powinna wreszcie zniknąć, a zamiast tego stawała się jakby większa.

Natalia* od czasów szkoły podstawowej nosiła biustonosz oznaczony literką A. Przez pewien czas miała nawet jakieś kompleksy z tego powodu, ale w końcu stwierdziła, że z małych piersi można zrobić duży atut. Wypatrzyła raz w drogerii balsam, który, według obietnic producenta, miał powiększać biust, nawet o jeden rozmiar. Gdyby tak się stało, byłby to cud medyczny. Cud nie nastąpił. Natalia zresztą nie bardzo w to wszystko wierzyła, zapewnia, że skusił ją zapach specyfiku. Mówi, że kto wie, być może kosmetyk, na którego widok zaśmiewały się wszystkie koleżanki, uratował jej życie? Bo to podczas aplikacji kremu wyczuła coś pod palcami. Nie miała zwyczaju badania piersi. Sama się bała ("że jeszcze naprawdę coś tam znajdę" - precyzuje), a ginekolog podczas ostatniej wizyty nawet jej tego nie zaproponował.

Jestem za młoda

Od czasu odkrycia dokonanego w przebieralni Maria była jak ogłuszona. Wiedziała, że coś jest nie tak. Przeszło jej przez myśl, żeby umówić się na prywatną wizytę, nie u ginekologa, a od razu u onkologa. Pomyślała, że przynajmniej cokolwiek będzie wiadomo. Mimo to przez dwa tygodnie nie zrobiła nic. Nie była w stanie. Potem przeczesała internet wzdłuż i wszerz. Zauważyła, że kobiety na forach internetowych zachwalały zwłaszcza jednego pana doktora. Zapisała się więc na wizytę u polecanego specjalisty. W dodatku, ale to zdaniem Marii wyreżyserował chyba sam Pan Bóg, lekarz przyjmował dosłownie po sąsiedzku.

Biblijne skojarzenia miała jeszcze w poczekalni, bo recepcjonistka była "uprzejma jak archanioł". Do konsultacji jednak nie doszło. Nie od razu. W recepcji rozdzwoniły się telefony - doktor nie dojedzie, miał wypadek. Nic poważnego, ale wszystkie zaplanowane wizyty trzeba było poprzestawiać. Maria, jak na ironię, odetchnęła z ulgą. Pomyślała, że podarowano jej jeszcze tydzień spokoju. Nie marnowała czasu. Zaczęła dyskutować z dziewczynami poznanymi w internecie i zapytała, co może oznaczać wgłębienie w piersi. Internetowe koleżanki stanowczo odradzały samodiagnozowanie. Tylko jedna napisała, że jej zdaniem to rak. Pozostałe prawie ją zakrzyczały. Bo cóż to za straszenie? I niby skąd ona tak dobrze to wie? Ano stąd, że u niej zaczęło się tak samo.

Natalii też długo było nie po drodze do gabinetu. Bliscy mówili, żeby wreszcie poszła "z tym" do ginekologa, a ona mnożyła wymówki. Idą święta, potem sylwester, zaplanowany wyjazd. Sama sobie tłumaczyła, że ma czas, że znalezisko na pewno jest zwyczajną torbielą, to na pewno nic poważnego. Miała przecież dopiero 31 lat, a w jej rodzinie żadna kobieta, przynajmniej do dwóch pokoleń wstecz, nie chorowała na raka piersi. Wbiła sobie to do głowy i powtarzała jak mantrę. Czy pomagało? Nic a nic.

Olga nie zwlekała, umówiła się na wizytę. Miała czekać dwa tygodnie. W tak zwanym międzyczasie wybrała się na przyjęcie do znajomych. Wcale nie miała na to ochoty, a mimo to poszła. Ktoś w końcu zauważył, że jest jakaś milcząca. Podpytywana pękła i opowiedziała zebranym, co ją trapi. Obecna na spotkaniu pielęgniarka powiedziała, że tak też może się objawiać nowotwór. Olga mówi, że nie wie, jak dotarła do domu. Nazajutrz okazało się, że wizytę można przyspieszyć, jakiś pacjent zrezygnował. Zapisała się na USG. Stwierdziła, że nie zniesie więcej niepewności i domysłów. Lekarz, który wykonywał badanie, wyglądał jakby dopiero skończył studia. Przesuwał głowicą najpierw po lewej piersi - nic. Potem po prawej. Olga przysięga, że wyraz twarzy zmienił mu się natychmiast. Przeprosił pacjentkę i wyszedł do gabinetu obok, ale drzwi nie domknął, więc wszystko było słychać. Wydawał się przejęty. "Ja na tym sprzęcie jeszcze nigdy nie widziałem guza" - szepnął młody doktor do kolegi.

I zrobiło się cicho

"Ma pani raka" - usłyszała w końcu Natalia. Co było dalej, nie pamięta już dobrze. Pamięta za to straszne myśli o przełożeniu nóg przez parapet. Ósme piętro, a pod oknem beton. Zastanawiała się, jakby to było, gdyby wszystko się skończyło, ot tak, jednym cięciem. Bała się tych myśli, bo złapała się na tym, że snuje takie scenariusze całkiem serio. Odkryła, że znajomi zaczęli się od niej odsuwać, chociaż początkowo dzwonili, pytali, deklarowali chęć pomocy. Potem jakoś tak milkli, jeden po drugim, aż nastała cisza. Nie miała żalu do nikogo. Starała się nie epatować tematem choroby. Kawiarniane koleżanki Natalii nie chciały słuchać o raku. A ona nie była w stanie rozmawiać o promocjach i nowych kieckach. Wszystko nagle zaczęło jej się wydawać zbyt błahe.

Maria szybko została skierowana na biopsję. Wtedy już wiedziała, że zrobiło się poważnie. "Guz lity" - takie słowa padły. Słabym głosem zapytała, czy to źle. Dowiedziała się, że potrzebna jest dalsza diagnostyka. Na ostateczny wynik czekała trzy tygodnie. W końcu odebrała telefon z Warszawy. Głos w słuchawce zaczął jakoś tak miękko: "Pani Marysiu..." i wszystko stało się jasne. Osunęła się po ścianie.

Olga miała łącznie trzy biopsje. Dwie cienkoigłowe i jedną gruboigłową, bo pierwsze wyniki były dziwne, niejednoznaczne. Lekarka (bo tym razem wybrała starszą, doświadczoną panią) kazała przyjść z wynikiem poza kolejnością. Już samo to wystarczyło, żeby zacząć się bać. W końcu wyrok zapadł. Guz był złośliwy i tak duży, że jedynym wyjściem była mastektomia radykalna. Oznaczało to, że zostanie usunięta pierś wraz z węzłami chłonnymi. Olga powiedziała, że oczywiście się zgadza. Na wszystko się zgadza. Mówi, że wtedy poczuła, że zaczął w niej narastać bunt. Stwierdziła, że ma tu jeszcze dużo do zrobienia i jakiś skorupiak nie będzie jej dyktował, jak ona ma żyć.

W końcu każda tam spojrzy

Maria doszła do wniosku, że lekarze wiedzą o wszystkim dużo wcześniej, ale póki diagnoza nie pojawi się na papierowym wydruku, mówić zbyt wiele nie chcą. Na początku nie zrozumiała, co doktor ma na myśli, zapowiadając, że zostanie przeprowadzona operacja oszczędzająca. "Oszczędzająca kogo, mnie?" - kpiła. "Pierś" - brzmiała odpowiedź.

Olga przyjmowała chemię "czerwoną", bardzo silnie działającą. Potrzebowała czterech cykli. Po wlewach czuła się fatalnie, dużo wymiotowała. Później, przez długi czas robiło jej się niedobrze na widok koloru czerwonego, gdziekolwiek go widziała. Do tej pory w szafie nie ma ani jednej czerwonej rzeczy.

Oswajała też inny trudny widok. Tak zwane puste miejsce - tam, gdzie jeszcze do niedawna była pierś. Prawie każda pacjentka po mastektomii ma z tym problem, ale w końcu spojrzeć będzie trzeba. I tu pomogła koleżanka z lokalnej grupy amazonek. Olga uważa, że nie posłuchałaby nikogo innego.

U Natalii chemia była żółta, a cykli sześć. Usłużny kolega woził ją do szpitala, czekał na korytarzu, po wszystkim odwoził do domu. Na początku jeździła sama, ale później czuła się już bardzo osłabiona. Nie czuła się na siłach, by prowadzić samochód, raz zasłabła w autobusie miejskim. Poza tym nie mogła słuchać rozmów ludzi spieszących się do pracy. Wstyd jej przyznać, ale tak, irytowali ją. "Co ja bym dała, żeby mieć tylko takie problemy?" - myślała wtedy. Pół roku później okazało się, że trzeba operować. Dziewczyna liczyła na operację oszczędzającą, ale zaproponowano jej całkowitą mastektomię. Zdziwiła się, że pozwalają jej wybierać. Lekarz wyjaśnił, że w przypadku tak małych piersi i guza ulokowanego dość specyficznie, efekt operacji oszczędzającej nie będzie zadowalający. Od razu zapowiedział, że będzie mogła poddać się rekonstrukcji piersi. Odetchnęła. Dziś żartuje, że ma taki biust, jaki zawsze chciała mieć.

Dla mnie tego nie robisz

Olga nie zdecydowała się na rekonstrukcję piersi. Ma jeszcze czas, bo taką operację można przeprowadzić także po zakończeniu leczenia onkologicznego. Teraz chce przede wszystkim spokoju. "Jedna zdrowa pierś - to już dużo" - przekonuje. "Wiesz, co mi powiedział ginekolog? Tak naprawdę ta jedna pierś wystarczy, by wykarmić jedno dziecko. Ta druga jest takim zapasem. A co, wyglądam jakoś niekobieco?" - uśmiecha się.

Natalia wie, że ani małe piersi (tak, takie opinie też słyszała!), ani młody wiek, ani nawet nieobciążony wywiad rodzinny nie przesądzają o niczym. Badać się trzeba. Co radzi kobietom, które boją się nawet dotknąć same? Nic nie radzi. Odpowiada im, że sama też się kiedyś bała. "I niech sobie wyciągną wnioski" - kwituje.

Maria błaga wszystkie kobiety z otoczenia, by badały się regularnie. W pewnym sensie świeci przykładem, bo ona już do końca życia będzie musiała się badać i to gruntowniej niż inne. Gdy znajome, początkowo nieprzejednane, godzą się dla świętego spokoju i mówią: "No doooobra, zgoda - przez wzgląd na ciebie", Maria czuje złość: "Dla siebie masz to zrobić. Ja już gada miałam".

*Imiona bohaterek zostały zmienione

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Rekomendacje