Reklama

Umiesz chodzić, więc umiesz też tańczyć

- Nikomu nie podcinam skrzydeł, ale mówię uczciwie, ile pracy trzeba będzie włożyć w upragniony efekt. W sieci łatwo natrafić na popisy najlepszych tancerzy świata - w ich wykonaniu wszystko wydaje się łatwe. Gdy kursantka przychodzi z takim materiałem, mówię - to zajmie pół roku. A ona miała nadzieję, że nauczy się tego na jednej lekcji – mówi Paweł Mertuszka, tancerz, choreograf i instruktor tańca.

Aleksandra Bujas, Interia.pl: Szkoły tańca gwarantują, że nauczą tańczyć każdego. Przepraszam, ale nie wierzę. Są osoby, które mimo podejmowanych prób, nigdy nie nauczą się tańczyć?

Paweł Mertuszka: Z badań, do których kiedyś dotarłem, wynikało, że zaledwie znikomy procent populacji ma problem z poczuciem rytmu tak fundamentalny, że niemożliwy do naprawienia. Zetknąłem się z tym. Te osoby nie są w stanie wyczuć rytmu - tych powtarzalnych sekwencji uderzeń w muzyce. Gdy się tego nie czuje, nie czuje się też chęci poruszania się do muzyki. I jak tu tańczyć?

Reklama

- Duże trudności z poczuciem rytmu częściej dotyczą mężczyzn niż kobiet. Jeśli się pojawiają, nauka tańca schodzi na dalszy plan. Konieczne są proste, mozolne ćwiczenia z zakresu rytmiki, aktywne słuchanie muzyki, skupianie się nie na melodii czy wokalu, a na rytmie, bicie, głównym instrumencie.

Według teorii psychiatry, Alexandra Lowena, traumy i trudne emocje zamykają się w ciele, tworząc chroniczne napięcia zwane blokami mięśniowymi, a te wpływają ujemnie na postawę i sposób poruszania się. Zauważasz to?

- To widać, jest to dodatkowe wyzwanie podczas nauki tańca. Osoby, których to dotyczy, często nawet nie są świadome, jak bardzo ich sylwetka jest zaburzona. Dopiero na lekcji zauważają, że jest to duży problem. Także w kontekście zdrowia mięśni i stawów - nieprawidłowa sylwetka sprzyja kontuzjom i przeciążeniom. Nie trzeba do tego wypadków na nartach, uraz może powstać podczas codziennych aktywności. Oczywiście nie zawsze to efekt jakichś traum, czasami "wystarczy" po prostu praca siedząca. Na zajęciach pomagam wypracować prawidłową postawę, choćby najpierw miała być utrzymywana tylko podczas tej godzinnej lekcji.

Oprócz tych najbardziej podstawowych problemów, jest pewnie cała masa innych. I też utrudniają naukę.

- W przypadku wielu osób kluczową kwestią jest koordynacja - może być im o nią trudno, jeśli od zawsze unikały zabaw ruchowych, nie uprawiały żadnego sportu. 

- Jednym z największych problemów jest też nadmierne spięcie, usztywnienie ciała. Doprecyzuję - najlepiej tańczy się, gdy kontrolowane, świadomie "spięcie" obejmuje środkowe partie - brzuch, okolice lędźwi. To daje pewność ruchu. Ale cała reszta ma być luźna! U osób początkujących bardzo często jest na odwrót.

I co wtedy?

- Tańcząc z nimi, czuję ciągłe napięcie w ich dłoniach, rękach - są jak kamień, nie do ruszenia. W "centrum", tam, gdzie powinny być spięte, są luźne co również powoduje, że trudno im się poruszać. Nad tym wszystkim pracujemy. Proponuję proste ćwiczenia ruchowe, pozwalające poczuć, który mięsień się spina, a który rozluźnia, by z czasem mogły mieć nad tym świadomą kontrolę.  

Dla niektórych kobiet, po raz pierwszy przychodzących na lekcję 1:1 z instruktorem, onieśmielająca może być bliskość fizyczna z nowo poznanym człowiekiem.

- Osoby przychodzące na lekcję, by się przełamać, muszą dać sobie wytłumaczyć, że to jest zupełnie inny rodzaj bliskości - nie stalibyśmy tak blisko siebie nie tańcząc. Tu wchodzimy w pewną konwencję. Ma to jakiś cel. Instruktor w ogóle się nad tym nie zastanawia, to jego dzień pracy - łapie partnerkę i zaczyna z nią tańczyć. Gdy spotkam na ulicy moją kursantkę, odpowiedni dystans fizyczny jest oczywiście zachowany. A kiedy jesteśmy na sali i tańczymy - ten bliski kontakt jest konieczny.

Wyobrażam sobie, że bariery natury psychologicznej mogą przeszkadzać w tańcu prawie tak samo, jak brak koordynacji. Niektórym wydaje się, że wszyscy patrzą na nich z dezaprobatą, nawet jeśli tak nie jest.

- Warto się zastanowić, skąd to się bierze. Czasami jakiś lekkomyślnie rzucony komentarz może zablokować na wiele lat. Większość z nas pierwszy kontakt z tańcem miała na szkolnych imprezach. Już wtedy jedni ruszają się lepiej, bo mają ku temu predyspozycje, inni przeciwnie. Dzieciom często się wydaje (i nie chodzi tylko o taniec, ale o wszelkie umiejętności), że są "albo w tej grupie, albo w tej" i nie bardzo wierzą, że jest przecież możliwość przejścia. Ja sam w czasach szkolnych, choć nikt mnie nigdy nie wyśmiał, bałem się reakcji innych i oceny mojego tańca, bardzo długo nie czułem się pewnie. 

Ucząc, byłeś kiedyś bliski poddania się?

- Najtrudniej jest, gdy osoba, którą uczę, ma ograniczoną cierpliwość. Łatwo jest czerpać przyjemność z lekcji tańca, kiedy po prostu tańczy się z instruktorem i jest się blisko efektu ostatecznego. Jeśli jednak kursantka ma pewne trudności, nie potrafi właściwie uginać kolan czy wykonać określonego ruchu, wtedy, zamiast tańczyć, przez większość czasu wykonuje się ćwiczenia, które mają coś wyzwolić, ale są dość nudne.  

I może się to rozciągnąć na kilka-kilkanaście lekcji.  

- Kursantce wydaje się, że ma cierpliwość, ale widzę po niej, że ta cierpliwość zaczyna się kończyć. A jeszcze nie jesteśmy nawet w połowie... 

Korci, żeby zapytać, z jakim najtrudniejszym przypadkiem spotkałeś się podczas swojej kariery.

- Uczyłem kiedyś parę - dziewczyna przyprowadziła swojego partnera na lekcje salsy. Chłopak miał ogromne problemy z koordynacją. Było to widoczne nawet wtedy, gdy chodził - i nie był osobą z niepełnosprawnością, był po prostu nieskoordynowany. Zawsze powtarzam: umiesz chodzić, umiesz więc też tańczyć (chodzenie, o czym nie każdy z nas pamięta, wymaga sporej koordynacji ruchowej!). A wtedy po raz pierwszy czułem, że to może nie wypalić. Dziewczyna chwytała w lot, on, po 20 lekcjach, nie był w stanie wykonać prawidłowo kroku podstawowego. Sam stwierdził, że to chyba nie ma sensu.

Co robisz w takich sytuacjach?

- Proponuję coś łatwiejszego, np. 2 na 1. I pokazuję, że nie wszystko musi być idealne, by taniec zaczął sprawiać obojgu przyjemność, nawet jeśli mężczyzna nie jest w stanie zatańczyć dobrze choćby tego kroku podstawowego. Pewne elementy upraszczam. Na wszystko są sposoby. 

Widzisz zmianę, jaka zachodzi u twoich stałych uczennic w dłuższej perspektywie czasu?

- Oczywiście. Nie tylko zaczynają lepiej się poruszać i wyglądać, ale rośnie ich pewność siebie, a taniec staje się czymś ważnym. Do tego stopnia, że gdy w nawale zajęć są czasem zmuszone z czegoś zrezygnować, prędzej zrezygnują np. z dodatkowych lekcji języka czy ćwiczeń z trenerem personalnym, a taniec zostanie. 

- Jest tu ten aspekt społeczny, psychologiczny. Bo przecież nie tylko uczymy się czegoś nowego, ale i dużo rozmawiamy. To spotkanie, które ma niekiedy niemal walor terapeutyczny (śmiech).

Przez kilka lat prowadziłeś też zajęcia grupowe. Ktoś kiedyś opuścił salę przed czasem, bo wybitnie mu nie szło i nie chciał narażać się na śmieszność?

- Nie, ale widziałem niejednokrotnie, że tym najsłabszym w grupie jest ciężko. Nie da się temu do końca zapobiec - grupy, nawet początkujące, nie są w 100 proc. dopasowane umiejętnościami, bo to kwestia losowa, jacy ludzie się do nich zapiszą. Na wejściu nie ma castingów (śmiech). Różni ludzie mają różne umiejętności startowe. Niektórzy są w stanie opanować pięć figur w trakcie pierwszych zajęć, inni ledwie jedną. 

- Zawsze podchodziłem do tych najsłabiej sobie radzących, by im pomóc, gdy reszta tańczyła. Na lekcjach indywidualnych mam osoby, które z różnych względów rezygnowały z kursów grupowych w różnych szkołach, także dlatego, że po prostu nie nadążały. Instruktorzy muszą uśredniać poziom, który koniec końców nie jest dopasowany do nikogo.

  - 80 proc. ludzi, mówię oczywiście w przybliżeniu, bo żadnych badań nie prowadziłem (śmiech), jest w stanie nadążać na typowym kursie grupowym. Niektórzy będą się troszkę nudzić, inni będą się troszkę stresować tempem, ale dadzą radę. Jest też te 20 proc., które wymaga bardziej indywidualnego podejścia. Jeśli będą wytrwali, nauczą się, PRAWIE każdy się nauczy i po kilku miesiącach nauki i ćwiczeń w domu będzie widać różnicę.  

A drugi biegun? Zdarza się tak, że trzeba niektórych kursantów sprowadzać na ziemię, mówiąc, że konkretny układ, który wypatrzyli sobie na Youtube, jest powyżej ich możliwości?

- Nie podcinam skrzydeł, ale uczciwie informuję, ile czasu to zajmie. Często przygotowuję choreografię do pierwszego tańca weselnego przyszłych par młodych. Tu sprawa jest prosta, ponieważ ogranicza nas konkretna data. Nie przeniesiemy ślubu tylko dlatego, że pierwszy taniec nie wychodzi (śmiech). Mówię wprost - ten wybrany układ jest nie do opanowania w trzy miesiące. Nie będzie wyglądało to dobrze. Szukamy więc prostszego. 

- Kursantki indywidualne, które chcą nauczyć się podpatrzonych gdzieś figur, uświadamiam, o ile więcej czasu to zajmie, niż im się wydaje. W sieci łatwo natrafić na popisy najlepszych tancerzy świata - w ich wykonaniu wszystko wydaje się łatwe. Gdy kursantka przychodzi z takim materiałem, mówię - to zajmie pół roku. A ona miała nadzieję, że nauczy się tego na jednej lekcji.

Zobacz także:

Zaburzenia równowagi - o czym mogą świadczyć?

Wojtka Sawickiego zna dziś cała Polska. Przeczytaj jego historię

Paracetamol może wpływać na nasze zachowanie. Oto wyniki badań

INTERIA.PL

W serwisie zdrowie.interia.pl dokładamy wszelkich starań, by przekazywać wyłącznie sprawdzone, rzetelne informacje o objawach i profilaktyce chorób, bo wierzymy, że świadomość i wiedza w tym zakresie pomogą dłużej utrzymać dobre zdrowie.
Niniejszy artykuł nie jest jednak poradą lekarską i nie może zastąpić diagnostyki i konsultacji z lekarzem lub specjalistą.

Dowiedz się więcej na temat: taniec | nauka tańca | taniec dla początkujących

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL